poniedziałek, 31 października 2016

Magnum Signature Chocolate Dark

Na ten moment to ostatni wpis z Magnumowej serii. Dziś na tapecie Magnum Signature Chocolate Dark, w trudzie i znoju zdobyta przez Niemęża (co zarysowałam w poprzednim poście). Zachwycona mleczną wersją czekolady Magnum, postawiłam ciemnej wysoką poprzeczkę. Mój zapał ostygł nieco, gdy doczytałam, że zawartość masy kakaowej wynosi 50%. Czyli tabliczka taka nopowiedzmyżeciemna. Osobiście najbardziej lubię czekolady zawierające od 60% do 85%, bo można się nimi prawdziwie delektować, a wszelkie subtelności aromatów są dobrze wyczuwalne (powyżej 90% smakują mi betonem). A te mleczne, deserowe itepe tabliczki, to pewka, że są super, ale słodycz przysłania prawdziwy smak kakałka.


Nie ma co wycierać klawiatury zbyt rozbudowanym wstępem, lecimy! Recenzja będzie miała w dużej mierze charakter porównawczy, a wiele cech będzie podobnych do Magnum Classic. Zafunduję Wam takie małe deżawi. Opakowanie i cała oprawa Magnum Signature Chocolate Dark ponownie jest małym dziełem sztuki. Złote literki obiecują nam kruszone ziarna kakowca zatopione w czekoladzie. Brąz kartonika ciemniejszy, niż w przypadku mlecznej wersji, cóż za przewrotność ze strony projektantów, ale by dopiero było jakby zrobili na odwrót, hohooo! Ponownie mamy opakowaną w piękne złotełko, dzieloną na pół, ciemnobrązową, lśniącą tabliczkę z wielkimi logo Magnum. 



Pachniała kakaowo, ale niezbyt intensywnie, co mocno mnie zasmuciło. Trudniej było mi ją przekroić niż mleczną. Poniuchałam ponownie, licząc, że może aromat skrył się wewnątrz, ale nope, zapach dalej pozostał słabo wyczuwalny. Nie rozpuściła mi się w łapie, a dopiero w gębie i to powoluuutkuuu. Lubię takie bomby z opóźnionym zapłonem, bo ten ułamek sekundy zanim zacznę wyczuwać smak jest totalnie ekscytujący (chyba mam nudne życie, skoro ekscytują mnie takie rzeczy :v ). Jak w przypadku mlecznej siostry, Magnum Dark ma perfekcyjnie aksamitną konsystencję, ale jest zdecydowanie ciekawsza w konsumpcji- a to za sprawą chrupiących ziaren kakaowca, których producent dodał od serca. Przez pierwsze dwie sekundy czułam tylko cudowną kakaową nutę. I już chciałam zakrzyknąć "JAKIETODOBRRRREEE", aż tu nagle wjechał cukier. I po ptokach.

Ten taki jaśniejsze kropek po środku lewej kostki to ziarno kakowca. Chyba. :v

Trudno mi w jednoznaczny sposób ocenić i podsumować Magnum Signature Chocolate Dark, bo wywołała we mnie straszną ambiwalencję. Na gorzką czekoladę była dla mnie za słodka, a na mleczną- zbyt kakaowa. Nie lubię takich czekoladowych kompromisów. Nie zrozumcie mnie źle- Magnumowa tabliczka jest pyszna, ale chyba za bardzo nastawiłam się na naprawdę CIEMNĄ czekoladę. Ogromnym plusem są jednak ziarenka kakaowca, co z pewnością spodoba się wszystkim, którzy lubią interesujące tekstury.

Ostateczna ocena:
4/5*
2/5**
*w kategorii ogólnej
**w kategorii Czekolad Ciemnych

piątek, 28 października 2016

Magnum Signature Chocolate Classic

Chwilowy brak ciągłości postów spowodowany był jednoczesnym brakiem bekapu oraz spontanicznymi odwiedzinami moich rodziców. Ale życie wróciło do normy i znów mam czas na pisanie o nieistotnych rzeczach.

Ci, którzy obserwują mnie na instagramie (@slodkizomp) nie będą zaskoczeni bohaterem dzisiejszego wpisu. Kilka dni temu, od niechcenia rzuciłam Niemężowi, który jechał do kolegi grać w gry, że "jakbyś był w Netto i zupełnie przypadkiem rzuciły by się na ciebie czekolady Magnum to mje kup". Późnym wieczorem dostałam wiadomość, że był w trzech sklepach i nigdzie ich nie ma. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy rano na biureczku leżały grzecznie dwie tabliczki czekolad Magnum: Classic oraz Dark. Otóż w czwartym Netto były. A ja mam najlepszego Niemęża ever.

Trochę trudno było mi się powstrzymać, żeby od razu nie rozszarpać opakowań i nie pochłonąć ich na jedno posiedzenie, ale dla dobra bloga zwyciężyłam tę wewnętrzną walkę i, pomimo ślinotoku, zrobiłam czekoladowym modelom sesyjkę. Po czym je pożarłam.


Dziś w roli głównej Magnum Signature Chocolate Classic, czyli intensywnie mleczna czekolada. Dizajn opakowania prosty i ze klasom- jak to Magnum. Brąz i złoto. Wszystko w normie. Po delikatnym otwarciu kartonika, wyciągnęłam tabliczkę opakowaną w złotą folię (złoterko..?), drobno usianą logo Magnum. Na tym etapie nie mogłam wyjść z zachwytu nad tym jak cudną oprawę ma ten produkt.


Ekstremalnie ostrożnie odpakowałam czekoladę z folii i OESU... Jaka ona jest PIĘKNA! Zaprawdę powiadam, zakochałam się w całej tej oprawie i na tym etapie aż szkoda mi było ją naruszać. Wolałabym sobie ją oprawić i powiesić na ścianie. 

Później zaczęła mnie frapować następująca kwestia: czy projektantowi interfejsu tej czekolady zależało jedynie na osiągnięciu zachwycającego efektu wizualnego? A może założył, że wszyscy jej konsumenci to łakome grubaski, które pochłaniają pół tabliczki na gryz? No bo jak inaczej, do cholery, można wyjaśnić, że czekolada o wadze 90g technicznie składa się z dwóch kostek?! Pomimo niepragmatycznego zaplanowania tejże, dalej uważam, że to cudeńko.

No paczta, czyż to nie jest piękne?


Tabliczka pachniała wspaniale: słodko, mlecznie i lekko kakaowo. Nie rozpuszczała się w palcach, a włożona do ust dopiero po chwili zaczynała powoli rozpływać się w idealnie aksamitny sposób. Tekstura i konsystencja absolutnie wzorowe. Podobnie jak smak! Magnum Classic okazała się bardzo mocno mleczna, ale nie na tyle, żeby przyćmić nutę kakaową. Nie była zbyt słodka ani zamulająca. W gruncie rzeczy, bardzo przypominała mi w smaku Wedlowską Extra Mleczną (niegdyś Tatrzańską), z tym, że aromat kakao był w niej zdecydowanie bardziej podkreślony. 



Magnum Signature Chocolate Classic nie jest dziwaczna ani nietypowa. To jest stuprocentowo, definicyjnie bezbłędna mleczna czekolada, bardzo wysokiej jakości. I zapewniam, że każdemu, kto jest fanem mlecznych tabliczek, urwie ona poślady. Bo w swojej kategorii jest miszczem, a jedzenie onej to kwintesencja prostej przyjemności. Dodatkowo, z całą pewnością skradnie serce wszystkim tym, którzy lubią swoją czekoladę pogryzać w całości, jak batonik. 

Ostateczna ocena:
5/5*
*według kryteriów kategorii Czekolad Mocno Mlecznych

poniedziałek, 24 października 2016

Oreo Strawberry Cheesecake

Drodzy Państwo, zróbmy sobie chwilę przerwy od wszystkiego z "Magnum" w nazwie (choć nie na długo, przyznaję). Dziś coś z zupełnie innej beczki!

Przy okazji weekendowego szopingu, postanowiłam zaopatrzyć się w jakiś sympatyczny słodycz wart zrecenzowania. Nie miałam konkretnego pomysłu ani ochoty na nic szczególnego. Uznałam, że jak mi się coś ciekawego, czego nie próbowałam, rzuci w oczy, to kupię. W najgorszym wypadku kupię jakiś znany mi, duński, nieosiągalny w Polsce produkt, coby wam życie urozmaicić. Snując się między sklepowymi alejkami nie dostrzegłam niczego, co wywołałoby we mnie reakcję "chcę to natychmiast" i kiedy zrezygnowana wlokłam się za Niemężem w stronę kasy- ta daaam! Kosz Oreo: Classic, Double, Golden... Strawberry Cheesecake, TAESSST! I to jeszcze w promocji. Klawo!

Ciastki Oreło to taki klasyg, wiadomo. Paradoksalnie, z produktów Oreo najbardziej smakują mi wszystkie rzeczy Z lub O SMAKU Oreo (lody na patyku Oreo, oesuuu <3). Jeśli chodzi o same ciasteczka, to Classic stoją w moim rankingu najwyżej. Lubię samo ciasteczko, ale  ten biały krem jest dla mnie za nudny. Drugie miejsce, ex aequo Double- z tytułu podwójnie nudnego kremu oraz Golden- jasne ciastko jest tylko i wyłącznie słodkie, więc całość jest tak niesamowicie przesładzająca, że w połowie jednej sztuki mam dość. Na szarym końcu uplasował się Oreo Peanut Butter. Chociaż jestem wielką fanką wszystkiego, co ma jakikolwiek związek z masłem orzechowym, to ta zeszłoroczna edycja limitowana zasłużyła sobie na miano Rozczarowania Roku 2015.

Oreo Strawberry Cheesecake przewinęło mi się przed oczamy razy kilka w ubiegłych tygodniach, w internetach oczywista. I rosło we mnie nieśmiało marzenie, żeby kiedyś go skosztować. No i prosz, nawet nie mówię i mam. To co, lecim?


Opakowanie Orełowe, z subtelnym różowym paseczkiem, troszkę gejowo, ale mnie tym kupują (wspominałam, że róż jest moim ulubionym kolorem?). Zapewniają mnie, że będę miała do czynienia z ciastkami o smaku sernika truskawkowego, czyli od strzała nastawiam się na coś więcej niż truskawkę, ale podświadomość podpowiada mi, że moje oczekiwania mogą być zbyt wygórowane.
Ciasteczka wyglądają jak klasyczne, jedynie krem jest różowiutki zamiast białego.

Luźna dygresja: czy ktoś zacznie kiedyś produkować słodycze o kolorach niekompatybilnych ze smakiem? Na przykład zielone cukierki o smaku truskawkowym. Albo fioletowe o smaku miętowym. Moim nieskromnym zdaniem, jest to nisza warta głębszego zbadania!


Po otwarciu opakowania- BUM! W nozdrza uderzył mnie niesamowicie intensywny zapach sztucznej truskawy. Ale w sumie to bardzo przyjemny, ani trochę nie przykry. Z kolei jakąż niespodzianką było odkrycie, że pojedyncze ciasteczka pachną faktycznie SERNIKIEM truskawkowym! Ewidentnie wyczuwałam jakąś taką twarogową, delikatnie kwaśną nutę. Aaale, może to siła sugestii...

Metodą prób i błędów doszłam do następującego wniosku: Oreo należy przełamać, a nie chlastać nożem, jeśli chcemy przedzielić je na dwie (a nie 534) części. Bardzo pouczająca lekcja.
W smaku boskieeee. Boskie. Pycha. Mniam. Pierwsze po prostu pochłonęłam, więc musiałam wziąć drugie, żeby móc bardziej skupić się na szczegółach. Smak samego ciastka zupełnie klasyczny- mocno kakaowy, intensywnie czekoladowy, lekko gorzkawy i słonawy. Jeśli chodzi o strukturę, tu również nie ma różnicy od oryginału- ciasteczko jest twardawe, przyjemnie chrupiące. Nadzienie ma tłustawą, ale nie przesadnie, lekko proszkową konsystencję. W smaku jest słodkie, a silny aromat truskawki nadaje całości charakteru, czego brakuje mdłemu kremowi z klasycznej wersji. Jedyne, co stanowczo bym zmieniła, to dodanie lekko kwaskowego akcentu, bo nie sposób doszukać się obiecywanej sernikowatości.

Podsumowanie następujące: Pozytywnie zaskoczył mnie sernikowy zapach. Ciastka są pyszne, harmonijnie słodkie, aromat truskawek sprawia, że nie są nudne i miałam ochotę sięgać po kolejne. Generalnie uwielbiam wszystko o smaku truskawkowym, więc te Oreo mnie zachwyciły. W ten oto sposób Oreo Classic zostaje strącone z pierwszego miejsca i zastąpione przez Oreo Strawberry Cheesecake. Z całą pewnością nakupię ich całe mnóstwo, za zapas i na pyzynty w razie wizyty w Polsce.

Ostateczna ocena:
4+/5

sobota, 22 października 2016

Baton Magnum Chocolate Almond

Dziś drugi bohater mojej wyprawy do Marketu Na Końcu Świata: batonik Magnum Chocolate Almond. Dramatyczna historia o tym, w jaki sposób trafił do mojego brzuszka przedstawiona jest w poprzednim poście (o cudnym Magnum Double Peanut Butter). Dodam jedynie, że niezmiernie ucieszyło mnie przyzwolenie Niemęża na zakup obu, bo bym była jak ten osioł co mu w żłobie dano i pewnie ostatecznie nie wzięłabym żadnego (na czym mój organizm oraz portfel wyszłyby najlepiej :v).

Zdjęcia ponownie ssą pałę, gdyż ponieważ sesja oraz degustacja obu Magnumowych delikwentów odbywała się w tym samym terminie. Sorasy. :c



Opakowanie Chocolate Almond w podobnym stylu jak Double Peanut Butter, acz mniej zdobne i bardziej klasyczne. Gustowne i wogle takie classy. Tym razem producent zapowiada migdałową truflę w mlecznej i białej czekoladzie Magnum. Jak dla mnie umiarkowanie obrazowe. Przed otwarciem nie byłam pewna czego się spodziewać- bardziej gładkiego nugatu, lekko grudkowatej masy jak w klasycznej trufli czy czegoś na kształt marcepanu. Ach, ta ekscytująca chwila niepewności! Batonik ponownie niewielki, na dodatek połamał mi się był w transporcie (bu :c ). Waży nieco mniej niż poprzednik o smaku masła orzechowego- 31g. Warstwy czekolady nie są zbyt grube, w mlecznej zatopione są spore ilości orzechów. Lekko brunatne wnętrze zdecydowanie gładkie, a nie grudkowate, więc uznałam, że będzie przypominało nugat (przynajmniej konsystencją). Zapach batona jest po prostu czekoladowy i słodziutki, niczego innego nie wyczułam.


Pierwsze ugryzienie i oto w moich ustach szybciutko rozpuszcza się czekolada, a po chwili kremowa, pralinowa masa. Jest słodka, o zdecydowanym smaku prażonych migdałów, raczej niezbyt tłusta. Z kolejnym ugryzieniem skupiłam się na czekoladzie- kombinacja mlecznej i białej jest za słodka, zamieniłabym mleczną na deserową albo zrezygnowałabym z białej (ale wtedy byłoby chyba nudnawo). Poza tym wolałabym więcej orzechów lub większe onych kawałki. Całokształt przyjemny w spożyciu- z jednej strony kremowy, z drugiej chrupiące prażone migdały. Wraz z Niemężem (znów się załapał, ale ja jestem dobra Nieżona) stwierdzamy, że cosik nam przypomina... Schoko Bonsy! Nie jest to, co prawda, ten sam smak, aczkolwiek mocno zbliżony. Po ostatnim kawałeczku mojej połowy słodycz mangumowego batona zaczęła szczypać w gardło i zrobiło się jakoś tak mniej super. Mhm. Czyli całemu bym nie podołała.

Ogólnie rzecz biorąc Magnum Chocolate Almond był całkiem smaczny, dla fanów ekstremalnie słodkich doznań- idealny. Osobiście bardziej widziałabym go w formie praliny niż batona- wtedy byłby super. Taka smaczna ciekawostka, ale raczej za nim nie zatęsknię.

Ostateczna ocena:
3+/5

czwartek, 20 października 2016

Baton Magnum Double Peanut Butter

Ostatnio z Niemężem, w ramach poszerzania horyzontów i poznawania Świata, postanowiliśmy wybrać się do jednego z nielicznych hipermarketów w okolicach Kopenhagi, który znajduje się totalnie wpizdó od miejsca naszego zamieszkania. Oferta sklepów w najbliższej okolicy mocno nam się opatrzyła (co nie znaczy, że nie ma w niej rzeczy wartych recenzji!), więc liczyliśmy na prawdziwy grocery haul. Cóż, taka rozrywka starych ludzi.

Wybór słodyczuf okazał się owszem, szerszy niż zazwyczaj, ale, szczęśliwie dla mnie, nie przytłaczający. Powzdychałam nieco do kosmicznie drogich, ręcznie robionych czekolad, marcepanów i bombonierek, po czym skierowałam swoje kroki w rejony z bardziej plebejskimi wyrobami. I tak dotarłam do półki z wyrobami Magnum. W pierwszej chwili pomyślałam "BIERE WSZYSSSKO", ale po krótkiej obczajce cen uznałam, że muszę zachowywać się odpowiedzialnie i nie mogę wydać na słodycze więcej niż na obiad w knajpie (czytaj: miliony monet). Pierwotnie chciałam poprzestać na zakupie jednego batona, ale Niemąż widząc rozdarcie w moich oczach przy próbie wyboru spośród dwóch rzucił tylko "Weź oba". To wzięłam.

Państwo wybaczy te zdjęcia, ale primo: z rozpędu od razu pocięłam delikwenta i nie mam foteczki całego, secundo: jak już pochowałam mega pro studio fotograficzne, a modele trafiły do brzuszka, to się jorgnęłam, że zdjęcia są koszmarne. 



Na pierwszy ogień idzie Magnum Double Peanut Butter. Tegoroczne lody o tymże smaku były prawdziwym sztosem, toteż intrygowało mnie co też wymyślili w wersji batonowej. Opakowanie nawiązuje do tego od lodów: klasycznie magnumowe, utrzymane w brunatno-złotej tonacji, gustowne, szykowne, ze smakiem, takie, żeby pasowało do wieczorowej kiecki. Producent twierdzi, że w środku znajdziemy warstwy zawierające masło orzechowe, solony karmel i czekoladę Magnum. Batonik jest mały (na oko jakieś 9cm), acz treściwy- waży 39g. Ma kolor deserowej czekolady, nieco jaśniejszej niż lodów Magnum Classic. Strukturę ma nieregularną, a więc mamy i śladowe ilości orzeszków arachidowych zatopionych w polewie. Zapach słodki, przyjemny, definicyjnie czekoladowy. Czuć też masło orzechowe i delikatną nutę karmelu.


Spróbowałam. Omójboszzz... To jedna z najbardziej intrygujących i złożonych rzeczy, jakie jadłam. Czekolada pyszna, aksamitna, rozpływająca się w sekundę w ustach. Jest nieco słodsza niż się spodziewałam, bliżej jej do mlecznej niż deserowej. Dalej mamy wspaniały karmel, ciągnący się, gładziutki. Sprawdzam po raz wtóry opakowanie- miał być solony. Nie wyczuwam w nim ani odrobiny soli, ale ma bardzo wyważony smak, nie jest przesłodzony. Następnie dochodzimy do clue czyli masy o smaku masła orzechowego. ŁOJEŻUSIE, faktycznie smakuje jak masło orzechowe, jest odpowiednio słone, a zawarte w nim maleńkie kawałeczki fistaszków przyjemnie chrupią między zębami. Masa ma dosyć zbitą, ale nie zaklejającą konsystencję i nie wydaje się być nadmiernie tłusta.
Niemąż też się załapał i wyprodukował słuszną uwagę: "Trochę podobny do Twixa". Ma nieco racji- jeśli chodzi o ogólne wrażenia w trakcie konsumpcji, to taki mniej słodki, bardziej arachidowy niż ciasteczkowy we wnętrzu Twix.
Okrutnie podoba mi się tenże baton jako całość: kombinacja smaków i kontrastujące tekstury. Nie jest przesłodzony i spokojnie podołałabym mu w całości (ale nie jestem sobek i się podzieliłam). Jedyne co bym zmieniła, to dorzuciłabym nieco więcej orzeszków do polewy.

Na szczęście można go dostać w miejscu, w którym nie bywam, a jego cena przekracza akceptowalną, więc nie grozi mi kupowanie go hurtowo.

Ostateczna ocena:
4+/5

poniedziałek, 17 października 2016

Maltesers Teasers Chocolate Spread

Od maleńkości uwielbiałam wszelkiego rodzaju mazidła do chleba (ewentualnie do wyjadania łyżką). Sięgając pamięcią do czasów podstawówki, przypominam sobie ich OGROMNY wybór w sklepach, z czego Nutella była najnudniejszą opcją. Pamiętam kremy Milky Way i Snickers oraz kokosowy z postaciami z Looney Tunes. Było też genialne Miodzio Masełeczko oraz dziwaczne twory Łowicza (DuoDżemi? CzekoDżemi? jaktobyooo...), mianowicie dżemy wiśniowy i jagodowy z ciemną czekoladą oraz dżem bananowy z białą (sztos totalny). Wzrusz!
Potem, zupełnie znienacka, wszystko to poznikało z półek i nastała bida. Pozostała nieśmiertelna Nutella (oraz jej dość parszywe podróbki) i jakieś DuoKrem czy inne takie dwukolorowe cuda, a z czasem ja straciłam zainteresowanie konsumpcją tego typu wyrobów. Do chwili, kiedy kilka lat temu mój przyjaciel przywiózł mi w prezencie z Erazmusa we Francji pastę Speculoos Lotusa. Z drobną pomocą rodzicielki pochłonęłam słoik w kilka dni, pozostał ino żal i pustka w sercu. Przyjaciel jednak stanął na wysokości zadania i później nazwoził mi onych całą paletę. Później zaś sama wyemigrowałam do Holandii i kupowałam Speculoosa na tony.
Na całe szczęście, kiedy na powrót osiadłam w Polszy, cięższa o 8 kilogramów, zmuszona byłam nieco ograniczyć spożycie tego typu wyrobów (bom się w spodnie nie mieściła, a na nowe nie było mnie stać, gdyż wszystko przehulałam na Speculoosa). Minęło lat kilka i w zasadzie, oprócz wielce sporadycznej Nutelli, zaprzestałam jadania kremów do chleba.

W dniu, w którym na półkach sklepowych w Danii ukazały się kremy Maltesers, Twix i Bounty, znów zapragnęłam smarować me kromki bez opamiętania. Ze względu na powalającą cenę oraz próby racjonalizowania zakupów, ustaliliśmy z Niemężem, że bierzemy jeden i wybór padł na Maltesers Teasers. W momencie pisania posta, słoiczek ma się na wykończeniu, za co serdecznie przepraszamy.


Szata graficzna słoiczka ściśle nawiązuje do opakowania oryginalnych Maltesersów. Producent przygotowuje nas na czekoladowe doznania z chrupiącymi słodowymi kuleczkami (czyli miniaturową wersją gwoździa programu oryginału).


Skład przerażający, mianowicie tłuszcz i cukier (cóż, niczego innego się nie spodziewałam).
Krem pachnie jakoś tłusto, sztucznie kakaowo, umiarkowanie zachęcająco. Pierwszej degustacji dokonałam niezgodnie ze sztuką, mianowicie przy pomocy łyżeczki. Smak pokrywał się z zapachem i na myśl przywodzi wyrób czekoladopodobny. Krem sam w sobie ma konsystencję odbiegającą od aksamitności, mocno proszkową. Słodowych chrupków nie pożałowali, ale całość je się jakoś dziwnie, zaklejająco. Z jednej strony Teasers jest intrygujący, z drugiej dosyć okropny.
Kolejne próby zostały podjęte na chlebie oraz plackach dyniowych. W obu przypadkach krem wypadł dużo lepiej, najwyraźniej jedzenie go zgodnie z przeznaczeniem (na CZYMŚ) jest jedynym poprawnym sposobem. Białe, świeże pieczywo z maltesersowym smarowidłem jadło się bardzo przyjemnie, słodycz kremu i chemiczny posmak przestał dominować, z kolei chrupki przefajnie kontrastowały z miękkim chlebkiem. Podobnie w przypadku placków, z kremem nałożonym w niewielkiej ilości tworzyły bardzo zgrany i zbalansowany smakowo duet.

Wygląda jak kupa, potwierdzam.

Dla wszystkich fanów chlebowych smarowideł, Maltesers Teasers jest zdecydowanie ciekawostką wartą spróbowania. Co do mojej subiektywnej opinii... Było spoko, ale wincyj nie kupię. Nie zakochałam się. Nie powalił mnie. Chyba nawet Nutella jest lepsza, a do Speculoosa to nie ma co porównywać. Albo jestem po prostu za stara na takie wynalazki...

Ostateczna ocena:
3/5 
(byłoby 2, aaale te słodowe chrupki ratują sprawę)

sobota, 15 października 2016

KitKat Cookie Dough

No to lecim!
Na pierwszy ogień idzie ciasteczkowa wariacja na temat KitKata. Batonik nabyłam impulsywnie podczas wizyty po ziemniaki i ser w markecie, capnęłam sztuk dwie (na wszelki wypadek) z myślą "Jak będzie super to wrócę po więcej". Czy okazał się super- o tym za chwilę, natomiast próby ponownego nabycia spełzły na niczym. Już nigdy więcej nie natknęłam się nań w żadnym sklepie. Z pewnością ze sprawą jego zniknięcia mają związek insta-gangi, gdyż krótko po jego objawieniu się, Instagram został zalany zdjęciami KitKata Cookie Dough. Tak czy inaczej- mnie również udało się przetestować te cudo.

Jako kilkunastoletni gówniak przechodziłam przez około dwuletnią fazę diety KitKatowej, stosując płodozmian. Klasyczny KitKat zawsze na propsie, jest po prostu dobry i tyle w temacie. Biały przejadł mi się dość szybko, bo jego słodycz zdecydowanie za mocno pali w gardło. Moim najukochańszym był zdecydowanie KitKat Peanut Butter. KitKat Hazelnut uważam za przeciętnie smaczny, nigdy nie urywał mi dupy, a wynika to z mojej wrodzonej niechęci do orzechowych słodyczy. Choć nie jestem fanką kawowych nut w łakociach wszelkiej maści, o dziwo KitKat Cappucino, którylata temu był dostępny na rynku, podchodził mi bardzo mocno. W każdej razie, morał taki, że KitKat Maseł Orzechowy pany. Aczkolwiek idea upchnięcia ciastek w KitKacie to spełnienie moich szczeniackich marzeń. Czy wersja Ciasteczkowe Ciasto zdetronizowała mojego faworyta?


Ad rem. Szata graficzna typowo kitkatowa, nie ma co się rozwodzić. Po wyjęciu z opakowania, okazało się, że batonik jest stworzony do dzielenia się na pół (lol, nope).

Zapach niezbyt zachęcający: tłusty, kakaowy, trochę trąci sztucznością, ale w sumie niczego innego się nie spodziewałam.
Po rozkrojeniu moim oczom ukazał się mikry wafel hojnie zawalony kremem ciasteczkowym, pokryty klasyczną kitkatową grubą warstwą czekolady.



Pierwszy gryz! Z jednej strony batonik był bardzo słodki, acz perfekcyjnie balansujący na granicy. Słodycz nie piekła w gardło, ale pozwoliła moim kubkom smakowym oszaleć ze szczęścia. Zara, chwylunia... A gdzie ta cała ciasteczkowość?! Po dalszym zagłębieniu się w sprawę doszłam do wniosku, że chyba komuś zapomniało się sypnąć aromatu ciasteczkowego do kremu, bo jedyne co można o nim powiedzieć, to to, że jest SŁODKI. No i tłusty. Autentycznie, żadnych innych skojarzeń. Być może to kwestia moich zbyt wysokich oczekiwań wobec kandydata na miszczowskiego KitKata, ale poczułam okrutne rozczarowanie i smuteg. Ja chcę moje ciasteczko. :c

Podsumowując, KitKat Cookie Dough zdecydowanie nie pokonał masłoorzechowego. Spodziewałam się czegoś niepowtarzalnego, wspaniałego i genialnego, jak w przypadku wszelkiej maści ciasteczkowych wyrobów. W efekcie skonsumowałam w miarę poprawnego, słodziutkiego batona, a ciasteczkowości nie dosmakowałam się wcale. Foch.


Ostateczna ocena
 3/5