piątek, 23 grudnia 2016

Toms Skildpadde

Co ja z tymi słodyczami Toms ostatnio..?

Święta juuuuuż prawieee, więc wpadam tylko z ostatnią nie-świąteczną recenzją, zanim wszyscy poddamy się bożonarodzeniowej magii (pierogów i makowców). Wszystkim życzę radosnych, ciepłych, rodzinnych i spokojnych Świąt! God Jul!

Iiii kolejny sztandarowy duński produkt: nadziewana megaczekoladka Toms Skildpadde, czyli żółw. Cukierek powstał niedługo po recenzowanym niedawno Yankie, mianowicie w 1948 roku. Ciekawostka: czekoladowy żółw był pierwszym obiektem product placementu w historii duńskiej kinematografii i wystąpił w filmie De Røde Heste (Czerwony koń) w 1950 roku.

Nadziewane żółwie są w Danii mega popularne. Można je kupić w dużych i małych opakowaniach, w większej i mniejszej wersji oraz przy marketowych kasach na sztuki. Ponadto robią lody, czekolady i inne wynalazki o smaku Skildpadde. Czyli chyba lubio motzno.

Toms Skildpadde to 24-gramowa czekoladka z nadzieniem rumowo-karmelowym. Od razu zaznaczam: nie lubię alkoholowych słodyczy. Rumowy aromat psuje wszystko, do czego zostanie użyty. Ale poświęcam się, bo wiem, że istnieją na świecie amatorzy podrasowanych etanolem cuksów. Wasze zdrowie!


Opakowana w złoterko-brązerko czekoladka przywodzi raczej na myśl okrutny eksperyment na żółwiu, aniżeli żółwia sensu stricto- skorupka może i się zgadza, łapki są cztery, ale czym jest to coś, co wystaje po obu stronach węższych wierzchołków elipsy? Jakieś propozycje? Czekolada ma głęboki, ciemny kolor i jest twarda, więc próba przecięcia zakończyła się częściową dewastacją. Wnętrze stanowi dwukolorowe, półpłynne nadzienie. Pachnie słodko, rumowo i gdzieś tam w tle nieśmiało przebija nuta karmelowa.


Pierwsze, co mnie zaatakowało w trakcie konsumpcji to aromat rumu. No fuj i po prostu nie. Ale na szczęście-nieszczęście za sekundę z pomocą pospieszyła niewyobrażalna słodycz. Taka ścinająca z nóg. Wypaliła mi ona tak kubki smakowe, że przy ostatnim gryzie nie czułam już nawet alkoholu. Degustacja poszczególnych elementów składowych była pewnym wyzwaniem, bo kremy się ze sobą mieszały. Zgodnie ze sztuką, biały okazał się być bardziej rumowy, a brązowy- karmelowy. Ale w obu czułam nieznośną rumową nutę i powalającą słodycz. Jedyne, co było w nich sympatyczne, to gładka tekstura. Pozytywnie zaskoczyła mnie czekolada- w przypadku poprzednich recenzowanych produktów Toms była wybitnie wręcz słaba, jednak w żółwiu okazała się zaprawdę porządnie deserowa, nieprzesłodzona* i aksamitna. A do tego łamała się z przyjemnym trzaskiem.


Poza smakiem, irytujący jest także rozmiar Skildpadde: czekoladka jest stanowczo zbyt wielka, żeby włożyć ją na raz do ust nie zapychając sobie całego pyska, ale nie ma też mowy o segzownym pogryzaniu, bo łamiąca się czekolada i półpłynne nadzienie sprawiają, że połowa ląduje człowiekowi na brodzie. Anyłej, ten przysmak Dunczyków mogę z czystym sumieniem polecić wszystkim, którzy lubią a) procenty w słodyczach oraz b) zasłodzenie level miliard. (@pani_chruuuuup? :D wypowiedziane śpiewnym tonem), bo myślę, że byliby zachwyceni. Wszystkim innym serdecznie nie polecam. :v

Ostateczna ocena:
2+/5**

*Być może jest słodka, ale próbowałam ją dopiero po pochłonięciu nadzienia, co mogło zaważyć na właściwej percepcji smaku. ;)
**Czekolada jednak robi robotę.

wtorek, 20 grudnia 2016

Toms Snebolde

Coraz bliżej Święta, toteż dzisiaj będzie o świątecznym duńskim słodyczu (istnieje w ogóle liczba pojedyncza od "słodycze"..?). Co roku w okolicach późnego października marketowe półki zaczynają obchodzić Boże Narodzenie i obfitować we wszelkiego rodzaju tematyczne smakołyki. Zazwyczaj podczas wycieczki do sklepu stoję bezradnie przed całym tym dobrobytem, poddana terrorowi wyboru odchodzę jednak z pełną rezygnacją i pustymi rękoma. No bo jak do cholery mam się na coś zdecydować, kiedy wszystko jest drogie, połowy tych rzeczy nie znam, a na dodatek występuje w jakichś gigantycznych opakowaniach dla zawodowych grubasów?! Ostatecznie w zeszłym roku powzięłam strategię "łapię na ślepo wszystko to, co wygląda zjadliwie i jest małe". I tak odkryłam Snebolde. W 2015 kupiłam je w wersji miniaturowej, spróbowałam jednej, poszłam na zajęcia, a jak wróciłam do domu, to zastałam Niemęża na kanapie, który ze zbolałą miną pokazywał mi puste opakowanie mówiąc "Dlaczego ich już nie ma? Były takie dobre...".

Snebolde (czyli śniegowe kule) firmy Toms (tej od Yankie, fujka) w wersji pełnowymiarowej, to marcepanowe kulki oblane ciemną czekoladą i pokryte cukrową glazurą. Pojawiają się tylko na Święta i można je kupić w małych paczuszkach z mini-kulami, wielkości draży, woreczkach po 8 dużych kul oraz pudłach po 24 sztuki zapodane w formie bombonierki. Tę ostatnią opcję sprezentowałam Maminie w zeszłym roku i była zachwycona. Ostatnio wróciłam z zakupów, a Niemąż spytał "Co ładnego kupiłaaaaś?", więc pokazałam mu woreczek śniegul. I przysięgam, że dawno go takiego zadowolonego nie widziałam. Sesja musiała się odbyć ekspresowo, bo by mi Niemąż padł, jakbym mu nie dała. 

Ze względu na oślepiającą biel modelek, zdecydowałam się na szare tło w sesji. Mało to profesjonalne, ja wim, ale ze mnie taki fotograf jak z mysiej dupy Reisentasche.


Opakowanie raczej niezbyt urodziwe, na pryzynt raczej takie sobie. Natomiast, moim zdaniem, Snebole same w sobie prezentują się ślicznie. Cukrowa otoczka jest nierówna i faktycznie przypomina teksturę śniegu. Aż normalnie szkoda je jeść, takie są piękne. :3 Po przepołowieniu, widać marcepanową masę oblaną niezbyt grubą, ale też nie jakąś specjalnie oszukaną, warstweką czekolady, a wszystko to przykryte jest cudną glazurką. Z zewnątrz pachną po prostu słodko, niczym konkretnym, natomiast wnętrze czuć po prostu marcepanem.


Wierzchnia skorupka jest twarda, więc pierwszy kęs się raczej odłupuje aniżeli odgryza. Kontrast z miękkim wnętrzem daje mega sympatyczny efekt. Marcepanowa masa jest przyzwoita- lekko chrzęści, ma wyraźną łupinkowatą strukturę, jest wilgotna i mało słodka. Ma wyraźny aromat migdałów, ale można wyczuć charakterystyczną nutę jądra pestki moreli, co znajduje pokrycie w składzie. Świadczy to tym, że firma Toms w tymże miejscu postanowiła ciąć koszty produkcji.* No ale cóż, w końcu masówa. Osobiście lubię takie połączenie, nie mam jakichś szczególnie wysnobowanych marcepanowych gustów, dlatego uważam, że masa smakuje po prostu dobrze. Okrywająca ją czekolada jest faktycznie gorzka, ale niezbyt dobrej jakości, raczej proszkowa, natomiast cukrowe zewnętrze, cóż... No czymże może smakować, jak nie cukrem. :v


W ogólny rozrachunku Snebolde od Toms w sumie mi leżą. Nie są za słodkie, trochę trzeba napracować się przy przeżuwaniu, w czym widzę dodatkowy plus- po zjedzeniu jednej szczęka jest dostatecznie umęczona, żeby nie sięgać od razu po drugą. Mogłoby być trochę więcej czekolady. Taki sympatyczny, świąteczny słodycz. Na zakończenie dodam jeszcze, że trzeba duńczykom oddać to, że wiedzą jak robić marcepanowe słodycze. Żadne tam Lindty ani Ritter Sporty czy inne Merci się nie umywają. Dopóki nie spróbowałam duńskiego marcepanu, nie wiedziałam, że coś, co było moją zmorą dzieciństwa, może smakować tak pysznie. 

Ostateczna ocena:
4/5


*Zgodnie ze sztuką, marcepan powininen być wykonany TYLKO z mielonych migdałów i cukru. Tańszym zamiennikiem jest percepan, czyli analogiczna masa z jąder pestek moreli lub brzoskwini. Producenci, w ramach oszczędności, często dodają percepan do marcepanu.

niedziela, 18 grudnia 2016

Tony's Chocolonely Melk Kaneelbiscuit

Kiedy będąc w Holandii na początku listopada, zawędrowałam do supermarketu, a moim oczom ukazał się gigantyczny wybór czekolad Tony's, do których głównie śliniłam się przez internety, ocipiałam. Serio, wzięłam prawie wszystkie, jakie mieli, nie bacząc na hajsy. Z doskonałą 51% Amandel Zeezout (czyli migdały-sól morska, mignęła na insta) uporałam się jeszcze w trakcie pobytu, bo słabo karmili, a ja potrzebowałam dużo energii, żeby stawić czoła tej, no... %... Integracji międzynarodowej znaczy. Resztę zdobyczy zwiozłam na prezenty, a dla mnie i Niemęża zarezerwowałam tegoroczną limitkę, czyli Tony's z herbatnikami cynamonowymi.


Wszystkie czekolady Tony's są super fair trade, eko i wogle, a przede wszystkim 100% wolne od niewolnictwa. Czyli z misją i warte wsparcia. Do tego opakowania mają czadową grafikę, kolorystykę i liternictwo, a wygląd 180-gramowej tabliczki jest tak niesztampowy i od czapy, że aż się sam ryj cieszy. W przypadku Melk Kaneelbiscuit dodatkowy zaciesz następuje po jej odwróceniu- gołym okiem widać, że producent nie poskąpił rzeczonych ciastków.



Bohaterka ma przyjemny, mleczny zapach z delikatną korzenną nutą. Konsystencję ma kremową, rozpuszcza się w optymalnym tempie. Kawałeczki herbatników są solidne, nieoszukane i świeże, więc bosko chrupią. W smaku mamy do czynienia z porządną, acz dość słodką czekoladą, w której oprócz herbatników znajdują się drobinki kruszonego cynamonu (tak właśnie, to nie taki se zwykły proszek), co daje niesamowity efekt cynamonowatości. Z początku myślałam, że dodano też nieco pieprzu, bo bywało ostro, ale wnikliwa lektura składu wykluczyła tę opcję. Po prostu spory kawałek korzennej przyprawy trafił mi między zęby i nieco zapiekło. I bardzo, ale to bardzo mi się to spodobało.


Tony's Chocolonely Melk Kaneelbiscuit to prawilna mleczna czekolada. Dodatek superowo chrupiących ciasteczek i cynamonu nadaje jej wyjątkowego wyrazu. Na moje gusta mogłaby być nieco mniej słodka (chociaż to groziłoby niebezpieczeństwem zjedzenia zbyt dużych ilości w zbyt krótkim czasie :v). Do gustu przypadnie każdemu, kto ceni sobie słodką, mleczną czekoladę z fajnym dodatkiem dla urozmaicenia.

Ostateczna ocena:
4/5

czwartek, 15 grudnia 2016

Baton Toms Yankie

Jak nie urok, to przemarsz wojsk... Dzisiaj obudziłam się z przeziębieniem. Cytując klasyków, zawsze kuhwa coś...

Dlatego też zanim katar pozbawi mnie możliwości dokładnej oceny spożywanych produktów, przedstawiam Wam baton Yankie. Poczułam się w obowiązku zrecenzować coś, czego na bank nie można nabyć poza Skandynawią, więc capnęłam klasycznego Yankiego. Występuje jeszcze wersja pomarańczowa oraz lukrecjowa (oczywiście!). Z pomarańczową być może się zapoznamy w niedalekim czasie, z lukrecjową z całą pewnością nie. A już na pewno nie za moje własne piniondze. 

Historia powstania tego duńskiego Marsa jest dość ciekawa. Otóż powstał on po II Wojnie Światowej, na zlecenie dowództwa wojsk amerykańskich stacjonujących w Niemczech. Amerykanie sprytnie wykoncypowali, że z logistycznego punktu widzenia łatwiej będzie karmić swoich żołnierzy batonami, które nie muszą przepływać przez ocean, tylko przejadą się kilkaset kilometrów ciężarówką. Firma Toms, która opracowała tę odpowiedź na Marsa (jankesko brzmiącą z nazwy), szturmem zdobyła serca zarówno hamerykanskich wojaków jak i duńskiej młodzieży. Stąd też Yankie sprzedażowo bije na głowę oryginał, bo ostatecznie w Danii był pierwszy. No i do tego jeszcze swój!


Baton Toms Yankie w tym roku obchodzi 70-tą rocznicę powstania, w związku z czym wypuszczono specjalną, retro edycję opakowań. Żeby nie pozostawiać wątpliwości odnośnie czasu i okoliczności, w jakich zrodził się pierwowzór, przy nazwie przycupnięto pin-up girl. Oklepane, ale w sumie całkiem zgrabnie to się prezentuje. Batonik waży 40g, więc jest raczej mikry i tak też właśnie się prezentuje po wyjęciu ze sreberka. Wygląda jak taki trochę grubszy i krótszy Twix. W przekroju widać, że poskąpili czekolady, karmel jakiś taki blady, ino nugat prezentuje się identycznie jak w Marsie. Zapach Yankie jest ocipiająco wręcz słodki i sztuczny. Od tego miejsca, raczej nie miałam wątpliwości z czym mam do czynienia.


Zanim przejdę do sedna, czyli smaku, nadmienię, że nie lubię Marsów. Nawet, kiedy za dziecka uwielbiałam wszystko co słodkie (a im słodsze tym lepsze), nie jadałam powyższych. Mogę wziąć małego gryza. Albo zjeść jednego marsowego cukierka. Ale jako batony, są dla mnie tak obleśnie zamulająco, zalepiająco słodkie, że aż mnie wzdryga, jak ktoś obok mnie wcina Marsa.

Z lekkim przerażeniem spróbowałam tego duńskiego specyfiku i, jak się okazało, słusznie, bo okazał się jeszcze okropniejszym Marsem. Z początku myślałam, że będzie kiepsko, bo czekolady niewiele. I chwała Bogu, bo polewa okazała się przesłodkim, proszkowym wyrobem czekoladopodobnym. Karmel nie dość, że blady, to bardziej zwarty i gumowy niż w oryginale, na dodatek w ogóle się nie rozpływał i nie ciągnął. Nugat lekko bardziej puszysty niż Marsie, troszkę jakby zbliżony do Milky Way'owego wnętrza.


Całość nieziemsko słodka i naprawdę, ale to naprawdę kiepska. Dobrze, że był taki mały, bo naprawdę trudno było mi się z nim rozprawić. Idealny dla wszystkich fanów zapychających, chemicznych, tanich słodyczy (@pani_chrup? ;) ).

 Ostateczna ocena:
1+/5*

*Zjadłabym, tylko jeśli umierałabym z głodu.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Lotus The Original Speculoos Pasta a Tartiner

Dziękuję Wam wszystkim za przemiłe słowa i życzenia powrotu do zdrowia. Włala, oto jestem! Cała i (chyba) zdrowa! Co mi dolegało, tego chyba nigdy się nie dowiem, ale tak długa przerwa od słodyczy zwielokrotniła moją miłość do onych, więc uroczyście przysięgam spamować Was ile wlezie (i na ile czas wolny pozwoli, ofc).

Pierwotnie nie przewidywałam recenzji legendarnego smarowidła Lotusa, aczkolwiek lud wyraził taką potrzebę i oto dziś na tapecie pasta kanapkowa Speculoos! Mój romans z powyższym pokrótce przedstawiłam w recenzji okropnego Maltesers Teasers (notabene, z Niemężem udało nam się pokonać ów słoik dopiero ze dwa dni temu :x). Rozwinięcie jest następujące: rok pański 2012, mój przyjaciel, M., przebywa na Erazmusie we Francji. Po pewnym czasie, wpada do Polski i w ramach upominku wręcza mi mój pierwszy słoik Speculoosa ze słowami "Musisz spróbować. Tylko uważaj, bo istnieje duże prawdopodobieństwo, że zjesz cały na raz.". No to żem spróbowała i przepadłam. Od tej pory, z każdą wizytą w Polsce, M. zmuszony był przywieźć mi dwa, trzy słoiczki, bo te znikały w zastraszającym tempie (w konsumpcji swój udział mieli również rodzice, nie to że ja tak sama wszystko...). Na początku 2013 roku przyszła moja kolej na wyemigrowanie w celach edukacyjnych i poniesło mnie do Holandii. W trakcie studiów nad etykietą pasty Lotusa wykoncypowałam, że skoro informacje podane są w języku francuskim i flamandzkim, to na bank będzie on nabywalny w kraju Niderlandów. Zaraz po przyjeździe pobiegłam do sklepu i oto był! Do tego w trzech różnych wersjach, a nawet w 700-gramowych słoikach! W tym momencie wiedziałam, że będzie to moje podstawowe pożywienie przez najbliższe 5 miesięcy i rzeczywistość niewiele odbiegała od założeń. Na zakończenie pobytu, oczywiście wykupiłam w sklepie paletkę słoików dla siebie, rodziny i znajomych. Znikły szybko.
I jakoś tak nawet nie umierałam z tęsknoty za Speculosoowym kremem, ale będąc miesiąc temu w Holandii, nie mogłam mu powiedzieć "Nie, nie kupię cię", kiedy tak na mnie rozczulająco paczał. Popaczał więc jeszcze przez miesiąc z półki w spiżarence, dopytując się jak się czuję i kiedy go wreszcie otworzę i TADAAAM! Połowa już znikła. :(

Charakterystyka produktu następuje tu. Lotus The Original Speculoos Pasta a Tartiner w tym wydaniu to 400-gramowy słoiczek pasty kanapkowej o smaku ciastek korzennych Speculaas (albo Speculoos, tudzież Spekulatius). Pierwotnie, sama idea lekko mnie zdziwiła, no bo po jakiego wafla miksować dobre ciastki na papkę? Dla bezzębnych? Enyłej, lejałut słoiczka jest przyjemny dla oka, sam krem ma brunatny, stricte ciastkowy kolor. Pachnie słodko, delikatnie korzennie, mocno ciasteczkowo. Chciałabym mieć perfumy o takim zapachu. Serio.


Jednak zapach to tylko preludium do czystej doskonałości, jaką osiągamy po pierwszej łyżeczce smarowidła. Jest słodkie, acz nie przesadnie, i subtelnie przyprawione. W konsystencji przypomina "podrabiane" masła orzechowe (Felixa, na ten przykład), czyli jest raczej stały, nie ciągnący i świetnie się rozsmarowuje. Tekstura, której daleko do określenia "aksamitna", jedynie utwierdza w przekonaniu, że krem faktycznie zrobiony jest z ciastek, bo rozkosznie chrzęści i pochrupuje między zębami. Po włożeniu porcji do ust, mamy zjawisko podobne, jak w przypadku masła orzechowego (tym razem prawdziwego)- Speculoos delikatnie się rozgrzewa, co potęguje jedynie efekt doskonałości tego tworu.


Moją ulubioną formą pochłaniania pasty Lotus jest, oczywista, wyjadanie go łyżką. Doskonale sprawdza się jednak na chlebie, chałce, waflach ryżowych i kukurydzianych oraz naleśnikach i placuszkach. Moja matuś opatentowała jedzenie onej na, uwaga, ciastkach Petit Bueree, co ja również propsuję.

Konsumpcja Lotus The Original Speculoos Pasta a Tartiner, to, zaprawdę powiadam, orgazmiczne przeżycie i trudno poprzestać na jednej łyżeczce. Stwierdzenie, że Lotusowe smarowidło to tak jakby jeść ciastka w kremie, jest najbardziej adekwatnym opisem, aczkolwiek, dla kogoś, kto nigdy go nie spróbował, mało obrazowym. To tak jakby powiedzieć, że Paryż jest brzydki, komuś, kto tam nie był. Tego nie ogarniesz, musisz spróbować.

Ostateczna ocena:
5/5*

*Uprzedzam, że przez miłosne zaślepienie mogę nie być obiektywna w swojej ocenie. Ale jeszcze nie spotkałam się z istotą ludzką, która nie zachwyciłaby się Speculoosem.

poniedziałek, 28 listopada 2016

Czasem nie jest tak słodko...

Ogłoszenie parafialne. W ostatnim wpisie wspomniałam, że przyplątała się do mnie jelitówka. Otóż jest ona wybitnie oporna i za cholerę nie chce mnie opuścić. Chwilowo moja dieta składa się z kaszy manny, wafli ryżowych i suchego chleba, a więc nie prezentuje się zbyt ekscytująco.

Uroczyście oświadczam, że jak tylko już dojdę do siebie, to ruszę z lawiną recenzji. Na przykład tego:



Trzymajta się cieplutko! <3

środa, 23 listopada 2016

Po duńsku: świąteczne ciasteczka.

Witam się z Państwem po dłuuugiej przerwie! Jak wspomniałam w poprzednim wpisie, wojażowałam nieco tu i tam, co wymęczyło mnie do granic możliwości. Na dokładkę, na dwa dni przed powrotem na Stare Duńskie Śmiecie dopadła mnie okrutna i bezwzględna jelitówka. Nie jestem aż tak zdolna do poświęceń, żeby w tym momencie szprycować się czekoladami, batonami ani niczym innym, co zestresuje mój żołądek. Dlatego też dzisiaj kolejny wpis o duńskich smakołykach- miał być zarezerwowany na "bliżej Świąt", ale dzisiaj mamy równy miesiąc do wyżej wspomnianych, więc czemu nie! Zapraszam na małe wprowadzenie w świąteczny nastrój. ;)

Każde, nawet niezbyt rozgarnięte, dziecko Pierwszego Świata zna Danish Butter Cookies. W każdym polskim domu znajduje się co najmniej jedno metalowe pudełko po tychże, zawierające przybory do szycia. I każdy z pewnością miał przyjemność skosztować słynnych maślanych ciasteczek.
Cóż... Żyjemy w kłamstwie. W turystycznych rejonach Kopenhagi, w sklepach z suwenirami, jak najbardziej kupimy puszki z Danish Butter Cookies. I to by było na tyle, bo w zwykłym sklepie/markecie ze świecą szukać takich specjałów. Duńczycy nie jedzą maślanych ciastek. End of the story.

Co nie znaczy, że nie jedzą ciastek w ogóle! Każdy market ma zawsze duży wybór wszelkich odmian Oreo, chocolate chip cookies, wafelków, digestive'ów i wieeelu innych... Ale prawdziwe ciasteczkowe szaleństwo zaczyna się z nadejściem Świąt Bożego Narodzenia (Jul). Czyli z końcem października. :v

Wtedy też na półkach pojawiają się rozmaite, przepyszne ciastki, w większości dostępne tylko i wyłącznie w okresie świątecznym. Wybór jest ogromny, więc nawet nie będę próbować kłamać, że wymienię wszystkie. Opiszę kilka najbardziej sztandarowych typów (dla mnie jako imigranta, choć z całą pewnością Duńczycy, zależnie od pochodzenia, mieli by własną wersję tego zestawienia).


Brunekager

Czyli Brązowe Ciastka. Nazwa celna jak cholera. Są to ciastka. I są brązowe.
Mają nieregularny, owaloidalny kształt i są cieniutkie. Swój kolor zawdzięczają zastosowaniu ciemnego syropu cukrowego (mørk sirup) oraz brązowego cukru trzcinowego z melasą (brun farin). Ich zapach i smak jest kwintesencją Świąt, a to zasługa cynamonu, goździków i imbiru. Wisienką na torcie (na ciastku) brunekager są płatki migdałów wmieszane w masę. Są dość twardawe i kruche. Idealne na zimowy wieczór do kompletu z ciepłą, aromatyczną herbatką.


Klejner


Bardzo podobne do naszych faworków (i z nazwy równie nieprzetłumaczalne). Te ciastka są jednak grubiutkie, niekruszące i treściwe, a to za sprawą dodatku słodkiej śmietanki do masy. Dodaje się do niej również cukier, więc same w sobie są słodkie. Mają też bardzo przyjemny cytrusowy posmak, pochodzący z dodatku startej skórki cytryny. Są, oczywista, smażone na głębokim oleju, więc trudno zaliczyć je do dietetycznych. :v

Jødekager 



Żydowskie Ciastka. Nazwne zostały na cześć Żydów-cukierników dziewiętnastowiecznej Kopenhagi. Podobnie jak do brunekager, te kruche ciasteczka są cienkie i mają nieregularne kształty. Uformowane i umieszczone na balsze ciastka smaruje się rozbełtanym jajkiem i posypuje cukrem, cynamonem i kawałkami migdałów. Proste i pyszne.

Pebernødder





Duńskie bliźniaki holenderskich pepernoot. Po polskiemu to Pieprzne Orzeszki. Nazwę i wyjątkowy smak zawdzięczają dodatkowi białego pieprzu do klasycznego zestawu korzennych przypraw. Są obłe i maleńkie- wielkości monety 50-cio gorszowej. W strukturze twardawe i przyjemnie chrupiące. Cholernie niebezpieczne, ze względu na swój rozmiar- wieczór przy opakowaniu tych maleństw na sto pro skończy się pustym pudełeczkiem i Wielką Kaloriową Smutą.

Vaniljekranse




Waniliowym Wieńcom zdecydowanie najbliżej do Danish Butter Cookies. To klasyczne, intensywnie maślane, kruche ciasteczka z dodatkiem wanilii i posiekanych migdałów. Smakują najmniej "świątecznie" z całego zestawienia, co nie zmienia faktu, że są mega dobre.

Finskbrød



Na koniec chyba jedyne ciastki, które (z trudem) da się kupić poza sezonem bożonarodzeniowym- Fińskie Chleby. Są podobne do szkockich Shortbread. Podłużne, ponownie mocno maślane i niekorzenne w smaku, ale za to posypane hojnie cukrem perłowym i siekanymi migdałami. 

Zdjęcia ukradłam z internetów. Źródła wiedzy:
doświadczenia własne, znajomi
http://www.boligliv.dk/mad/bagning/bag-til-jul-7-klassiske-opskrifter-pa-smakager/
http://samvirke.dk/billedgallerier/gallerier/21-kager-opfundet-danmark.html

sobota, 12 listopada 2016

BJÖRN of Sweden Milk Chocolate Caramel

Ogłoszenie parafialne!
Jest to ostatni post przed urlopem. A nawet już w trakcie. Losy poniesły mnie do Holandii oraz na chwileczkę do Polszy. Wracam najpewniej 22.11 i na pewno będę miała dla Was coś z Niderlandów!

Dzisiej, drogie Państwo, mamy do czynienia ze wspaniałomyślnością mojego Niemęża. Otóż recenzowana przeze mnie tabliczka to osobisty prezent, który dostał on od moich rodziców a swoich nieteściów. Służyłam oczywiście jako organ doradczy przy zakupie, więc siłą rzeczy wybrałam coś, co również i mnie przypadłoby do gustu (no okropna ze mnie Nieżona...). Jako, że Niemąż nie lubi się zbytnio z gorzkimi czekoladami, padło na mleczną, karmelową 40%. Czekolada została nabyta w sklepiku przy fabryczce w Malmö i wybrałam ją spośród milionów. Wybrałam tak jak mogłam wtedy najlepiej.

Dobra, bedzie tych muzycznych wtrętów.

Niemal wszystkie składniki używane przy produkcji w Malmö Chokladfabrik są organiczne. Ogólnie Skandynawowie mają pjerdolca na punkcie eko produktów, co pochwalam motzno. Dodatkowo, na terenie fabryki nie operuje się orzechami, soją, jajami ani niczym, co zawierałoby gluten, więc wszyscy mogą śmiało opychać się ich wyrobami, bez względu na uczulenia tudzież przekonania. 


Gotowi? Startujemy!
Wizualnie jest typowo po skandynawsku: opakowanie jest proste i gustowne, bez zbędnych zdobień, kolorów i pierdolniczków. Tabliczka owinięta jest w żółty, matowy papier z pomarańczowo-białym liternictwem, który jest pieczołowicie poskładany i posklejany wraz z folią. Nie nazwę jej sreberkiem, bo jest stuprocentowo zwykła szara i, ponownie, matowa. Dla mnie już samo to opakowanie zasługuje na pochwałę- z jednej strony jest zachowawcze, ale z drugiej niesamowicie oryginalne. Od razu człowiek wie, że ma w rękach coś naprawdę szczególnego. I że będzie pysznie.


Czekolada ma nieco ciemniejszy brązowy odcień niż większość mlecznych. 90-cio gramowa tabliczka podzielona jest na 24 kosteczki, każda zdobiona jakimśtam bliżej nieokreślonym zawijasem. Lubię takie mikro-kawałeczki, bo zawsze mam wrażenie, że mogę się dłużej delektować wyrobem. Trzaska miło dla ucha, bardzo delikatnie brudzi łapki. Pachnie obłędnie kakaowo i mlecznie zarazem. Dam sobie nos uciąć, że wyczułam też delikatny aromat palonego karmelu.


Pierwszy kawałek włożony do ust przeniósł mnie w trochę inny wymiar. Rozpuszczał się bardzo opornie, ale aksamitnie. Smak natomiast... Był doskonale zbalansowany. Perfekcyjnie. Bezbłędnie. Mocno mleczny, z bardzo, ale to bardzo silnie wybijającym się kakao. Obecność obiecanego karmelu nie była wyczuwalna w oczywisty sposób- jego goryczka w połączeniu z tą pochodzącą z kakao, idealnie równoważyły słodycz czekolady. Przez te 4 kostki byłam w niebie, mówię Wam.


Dla miłośników czekolady w ogóle- to taki szwedzki Święty Graal. Ci, którzy wolą gorzką na pewno nie poczują się zawiedzeni. To zdecydowanie najdoskonalsza mleczna tabliczka, z jaką miałam do czynienia.

Ostateczna ocena:
5/5

środa, 9 listopada 2016

Göteborgs Kex Singoalla: Truskawka-Rabarbar, Cytryna-Limonka, Jagoda

W dzisiejszym poście rozprawiam się z trzema rodzajami szwedzkich ciastków, które być może mignęły Wam na Insta ze dwa tygodnie temu. Singoalla, do spółki z Balleriną to sztandarowe ciastka wypuszczone spod skrzydeł Göteborgs Kex w latach 60-tych ubiegłego wieku. Wszystkie te ciasteczka, to taka wariacja na temat markizy. Klasyczna Singoalla wygląda tak:


I jest to asymetryczne (w sensie dziurawej górnej warstwy), markizowe, jasne ciastko przełożone waniliowym kremem, z dodatkiem galaretki o smaku malinowym.
A to Ballerina:

Czyli markiza o takim samym kształcie jak powyższa, złożona z warstwy ciemnego ciastka, kremu nugatowego i obręczy jasnego ciastka.

Smaków obu rodzajów ciastek jest pierdyliard, więc decyzja, które wybrać nie jest taka łatwa. W zeszłym roku próbowałam o smaku (powiedzmy) lodów gruszkowych i malinowo-kakaowe. Kiedyś kupowałam Ikeowe wersję tych ciastek i pożerałam na tony. Wtedy występowały w wersji malinowej, jabłkowej i cytrynowej, teraz są chyba tylko malinowe i czekoladowe. Meh... 

Aaaale dzisiaj mamy na tapecie ino Singoallę, bo takiśmy mieli kaprys z rodzicamy w trakcie szwedzkiego groszery haulu.  Ostatecznie wzięliśmy trzy smaki, a mianowicie truskawka-rabarbar, cytryna-limonka oraz jagoda. Jako, że tato mój jest człowiekiem wybitnie żarłocznym (a ja odrobinkę mniej), wersja truskawkowo- rabarbarowa nie doczekała się nawet fragmentarycznej sesji zdjęciowej.

Zdjęcie wykonane odkurzaczem tuż po powrocie do domu, na sekundy przed rozpieczętowaniem
Charakterystyka ogólna wygląda następująco: opakowanie ciastek ma ogólnie sympatyczną, radosną i "letnią" grafikę, obowiązkowo w wersji dla analfabetów z przedstawionymi owockami. Same markizy składają się z niesłodkich (in plus), kruchych, miękkich waniliowych ciastek, pomiędzy którymi znajduje się wspomniany waniliowy krem. Jego warstwa jest dość skąpa i słusznie: krym jest niesamowicie słodki, a do tego tłusty i ekstremalnie proszkowy, ten z oreło to przy tym nic. W dziurce znajduje się owocowe coś- ni to galaretka, ni to krem, ni to kisiel, jeżu no sama nie wiem... W konsystencji coś, jak takie strasznie, ale to strasznie lepki i ciągnący się lemon curd. No słowo daję, że nie mogę znaleźć żadnego adekwatnego porównania. Na dodatek klei się niemiłosiernie do zębów.


Po lewej widzimy efekty próby przekrojenia ciastka, czyli masakracja. Po prawej zaś przełamania- raczej bezefektywna.

Rozprawmy się jednak z każdym smakiem z osobna.


Truskawka- rabarbar pachniała waniliowo oraz sztucznie truskawkowo z  dodatkiem charakterystycznej dla rabarbaru kwaskowej nuty. Czyli raczej zachęcająco, znaczy. Po pierwszym ciastku razem z tatkiem niecośmy się zasmucili, bo ani to jordgubbem, ani rabarberem nie smakowało: było słodkie, choć nieprzesadnie, owocowe w jakiś bliżej nieokreślony sposób i od czas do czasu rzucał się na kubki smakowe jakiś dziwaczny kwaśny smak. Doprawdy rozczarowujące doświadczenie. 

Ostateczna ocena:
2+/5


Niezrażona, po odjeździe rodziców rozpieczętowałam kolejne opakowanie, tym razem cytrynę do spóły z limonką. Pachniały słodko-kwaśno i wyraźnie cytrusowo. W smaku, cóż... Czegóż ja się spodziewałam... Jak większość średnio-średniej półki słodyczy o smaku cytrynowo-limonkowym, ciastka smakiem przywodziły na myśl Ludwik. Hm.

Ostateczna ocena:
2+/5


Na ostatni rzut poszły jagodowe (czy tam borówkowe, kij wie jakie). Nie miałam wobec nich większych nadziei, liczyłam tylko, że nie rozczarują mnie jeszcze bardziej niż poprzednie. Po otwarciu opakowania, do moich nozdrzy, dobiegł lekko sztucznawy, ale bardzo przyjemny słodko-jagodowy aromat. O dziwo, w smaku ni były ani odrobinę oszukane! Smakowały prawilnie jagodowo i, choć zabrzmi to ogólnikowo, były po prostu dobre. A z całej trójcy zdecydowanie najlepsze. 

Ostateczna ocena:
3+/5

Zdjęcia opakowań ukradłam z internetów, z oficjalnej strony http://www.goteborgskex.se/, O!

poniedziałek, 7 listopada 2016

Frey Supreme Amandes & Myrtilles

Już się obawiałam, że nie będę miała dla Was dzisiaj postu, bo przez dłuższy czas w ogóle nie miałam ochoty na ciekawe słodycze [sic!]. Chyba się przeżarłam. Ale na szczęście dzisiaj po lanczyku jak mnie sparło na choćby tyci tyci kawałeczek czekolady, to ojacieee. Poleciałam więc do szafeczki z zapasami i po krótkich oględzinach wybrałam coś specjalnego.

Dzisiejszą bohaterkę dostałam niedawno od mojej przyjaciółki- wspaniałej dziewczyny o wdzięcznym imieniu Anja. Poznałyśmy się w pracy i połączyła nas miłość do jedzenia i narzekania oraz nienawiść do ludzi. Anja pochodzi z Kanady, więc, jak na rodowitą Kanadyjkę przystało, jest pół Polką, pół Dunką. I oczywiście nie mówi ani po polsku, ani po duńsku. Przez całe życie plątała się to tu, to tam (Kanada, Dania, Holandia, Wietnam), by na czas studiów osiąść ze swoim chłopakiem Florianem (Holendrem o równie pokręconych korzeniach) w Danii. Ostatnio dzieciaky wybrali się do rodziców Flo, którzy chwilowo rezydują w Szwajcarii. Zgadnijmy więc, cóż takiego Anja mogła mi przywieźć w prezencie?

Niestety nie scyzoryk. 
Ani zegarek.
Ani ser.
Nawet nie sztabkę złota.

Przywiozła mi dwie czekolady firmy Frey- jej zdaniem najlepszego producenta czekolad w Szwajcarii. Moje rozeznanie w tym temacie jest raczej słabe, bo w kraju Franka byłam raz mając lat 12, więc pamiętam tylko, że było bardzo ładnie i bardzo drogo.

Tabliczką, którą wybrałam na dziś jest gorzka czekolada 72% z migdałami i borówką. Po ostatnich czekoladowych doświadczeniach miałam ochotę na coś prawdziwie czekoladowego, więc aż się trzęsłam i śliniłam w trakcie robienia zdjęć. Ale udało się, przed Wami Frey Supreme Amandes & Myrtilles!

Zdjęcia wyszli mi jakieś lekko pokraczne, coś skopałam z balansem bieli, sorasy. I jeszcze obiektyw mam uflejany. :(



Opakowanie proste i przyjemne dla oka. Nietypowy biały kartonik, złote akcenty, opis zawartości w trzech językach, z których władam żadnym, więc dobrze, że front okraszono obrazkiem przedstawiającym czekoladę, migdały i borówki (pewnie dla analfabetów). Tabliczka opakowana jest w gustowne sreberko z malutkimi jednorożcami- logo Frey. Czekolada jest bardzo ciemna, widać ciemniejsze plamki i nierówną strukturę- czyli dodatki się zgadzajo. Niestety w transporcie lekko ucierpiała, więc jedna kostka ułamała się sama z siebie w trakcie wyciągania ze sreberka. To od razu pozwoliło mi zauważyć, że wnętrze czekolady usiane jest maleńkimi kawałeczkami migdałów.


Pachniała prawdziwie głęboko kakaowo, bez żadnych zbędnych nut. Ułamany kawałek przełamałam jeszcze na pół, żeby usłyszeć jak łamie się z cudnym trzaskiem. Może jestem jakaś dziwna i może to niezgodne ze sztuką, ale pierwszy gryz wolę zawsze pogryźć, pomemłać i pochłonąć, a dopiero drugi jeść powoli, analizując i rozkładając na czynniki pierwsze. Niemniej, czekolada smakowała rewelacyjnie. Rozpuszczała się powoli, równomiernie i gładko. Smak intensywnie kakaowy, dobrze wyważony, bez zbędnej słodyczy. Borówkowej nuty nie byłam w stanie wyczuć osobno, ale cały czas czułam ją gdzieś w tle. Migdały przyjemnie chrupały, nadając całości tekstury, choć nie migdałowego aromatu. Chwilę po zjedzeniu pojawił się lekko kwaskowy posmak, ale na szczęście szybko zniknął.


Konsumowalne prezenty od przyjaciół zawsze smakują genialnie, ale muszę zdobyć się na obiektywizm! Przez moment pomyślałam, że tabliczce należy się piątka, bo  to była naprawdę pyszna gorzka czekolada. Ale potem pomyślałam, że zara, chwylunia, miała być migdałowo-borówkowa. Otóż nie była. Gdybym nie miała pojęcia co jem, najpewniej stwierdziłabym, że to ciemna czekolada z bliżej nieokreślonymi orzechami. A lekko owocową nutę nie zawdzięcza raczej dodatkom, tylko rodzajowi użytego kakao. Dlatego z ciężkim sercem muszę obniżyć notę.

Ostateczna ocena:
4/5

niedziela, 6 listopada 2016

Baton Cloetta Power Break 1

Jak niedawno wspomniałam, miałam kilkudniowy nalot rodziców na chatę. Zanim jednak dostarczyłam ich do domu, spotkaliśmy się po drodze- czyli w Malmo w Szwecji. Miasteczko jest niesamowicie urokliwe i miło jest się tam poszwędać po uliczkach, pooglądać śliczne domki, pójść na fika* do kawiarni. To taka mieścinka na jednodniową wizytę. Mnie, oczyswista, zawsze najbardziej jara wizyta w jednym z tamtejszych supermarketów. Po duńskiej marketowej biedzie, naprawdę trudno jest mi nie ocipieć ze szczęścia w Szwecji. Wybór jest tak przeogromny, że nie potrafię wyrazić tego słowami.
Na szczęście tym razem zaszliśmy tylko w biegu do maleńkiego markeciku na stacji, z której jechaliśmy pociągiem do Kopenhagi, więc zamiast wydać całą pensję (swoją i rodziców), wydałam tylko pół, bo wybór był mały. Spośród 345678 smaków klasycznych szwedzkich ciastek Singoalla wybrałam tylko 3, po długiej wewnętrznej walce nie wzięłam żadnej Marabou, a z 4213791389 batonów, których nigdy nie jadłam zdecydowałam się na jeden: Power Break 1 marki Cloetta. Ustalmy pryncypia: Marabou to taki Wedel. Cloetta to raczej Wawel. Taki trochę gorszy.

Niemniej Power Break 1 (wogle co za nazwa, to ja nawet nie...) zaintrygował mnie obietnicą mnogości doznań, jakie czekają mnie po skosztowaniu. Czekolada, wafelek, toffi, orzechy, jeeeeeezu, jaki dobrobyt. No to nie może być przeca złe!

Grafika opakowania zadziorna taka, widać, że człowiek tego pałera nabędzie od razu po zjedzeniu. Do mnie nie trafia ni cholery, ale ogólnie jestem fanką minimalizmu, więc niewiele opakowań produktów spożywczych przypada mi do gustu. Folia była gruba i dobrej jakości- nie pożałowali hajsu, a więc nadzieja na niezłe doznania smakowe odzyskana.


Po wyjęciu, zobaczyłam taką brzydszą, bardziej zdobną i trójdzielną wersję Kit Kata. Mhm. No to nie może być dobre. Po przekrojeniu zobaczyłam, co następuje: mizernego wafla suto przełożonego kakaowym kremem, warstewkę toffi, a to wszystko obleczone pokaźnej grubości warstwą czekolady zawierającej śladowe ilości okruszków orzechów. Pachniał słodko, sztucznie, trochę mlekiem w proszku, trochę wyrobem czekoladopodobnym.


Pierwsze ugryzienie i pierwsza myśl- no taki trochę Kit Kat... Przeżułam starannie i dotarło do mnie jak bardzo się mylę. To naprawdę bardzo, ale to okrutnie marna imitacja Kit Kata. Warstwa toffi/karmelu przykleja się do zębów, tak na wstępie. Kiedy już udało mi się wydobyć wszelkie toffi spomiędzy zębów, zabrałam się za rozkład na czynniki pierwsze. Czekolada miała proszkową strukturę, w smaku była przesłodzona i taka ogólnie czekoladopodobna. Wafelek nie był oklapły, raczej chrupiący, ale biorą pod uwagę jego ilość w stosunku do reszty ingrediencji, totalnie niezauważalny w całej tej słodkiej masie. Krem kakaowy, tłusto-proszkowy, ale przynajmniej mało słodki (chyba, że już zdążyło mi sparaliżować kubki smakowe). Znowu ten okropny karmel, jezuuuuu, jak można coś takiego karmelowi zrobić?! Zazwyczaj uwielbiam wszystko z karmelem, ciężko go spieprzyć, ostatecznie to sam cukier z mlekiem. Ale Cloetta stanęła na wysokości zadania i osiągnęła zaklejającą ryja masę, która na domiar złego ma dziwacznie ziarnistą strukturę. Ach, zapomniałabym o orzeszkach! Nic dziwnego- w tej całej ulepiasto-słodkiej masie orzeszki są absolutnie niewyczuwalne.


Power Break 1 jest idealną opcją dla wszystkich, którzy lubią zasłodzić się do granic niemożliwości dwoma gryzami. I, dodatkowo, jest im wybitnie obojętna jakość spożywanego produktu. Plus za dobre chęci upchnięcia wszystkiego, co dobre w jednym. Gdyby nie fakt, że rodzice wspaniałomyślnie zasponsorowali mi ten baton, byłabym bardzo zawiedziona wydaniem nań pieniędzy. A tak, to po prostu chcę o nim zapomnieć. 

Postanowiłam od dziś począwszy dodawać lakoniczne, acz zazwyczaj celne spostrzeżenia Niemęża na temat degustowanych słodyczy. Zaznaczę, iż nie należy on do nadmiernie wybrednych. Opinia Niemęża: smakuje cukrem.

Ostateczna ocena:
1+/5

*Fika to typowo szwedzka rzecz: dosłownie oznacza kawę i ciacho. :)

środa, 2 listopada 2016

Po duńsku: lukrecja.

Dzisiaj uznałam, że pora na coś z zupełnie innej beczki. Mieszkam obecnie w kraju bardzo ciekawym kulinarnie i słodkościowo, więc uznałam, że od czasu do czasu napiszę o jakiejś duńskiej ciekawostce. Tak dla poszerzania horyzontów. :)

Z pewnością większości z Was, moi czytelnicy, obiło się o uszy, że Duńczycy są najszczęśliwszym narodem na świecie. Raczej nie wynika to z faktu, że Dania jest krajem, w którym wiecznie wieje i leje, a ceny czegokolwiek powalają na kolana. Jak to możliwe, że im tak wesoło?! Intuicja podpowiada mi, iż może to być związane z jednymi z najwyższych w Europie wskaźnikami:
a) sprzedaży psychotropów
b) alkoholizmu u młodych ludzi
c) spożycia słodyczy.
Aczkolwiek pewności nie mam.

Dania, pomimo maleńkich rozmiarów, ma na swoim koncie kilka sztandarowych i globalnie rozpoznawalnych produktów. LEGO. Insulina Novo Nordisk. Marcepan. Duńskie ciasto. Lukrecja. 

Tiaaa, lukrecja... Z encyklopedycznego punktu widzenia to bylina rosnąca gdziebądź, odznaczająca się szerokim spektrum zastosowań leczniczych i kosmetycznych. Blablabla. No i kolor ma ładny, bo czarny.


Z mojego punktu widzenia to prawdziwie podstępna franca, którą uwielbiają wszyscy Skandynawowie (oraz Holendrzy, Belgowie, Niemcy i inni dziwacy). "Uwielbiają" może być nawet zbyt delikatnym określeniem, tezaurus sugeruje mi między innymi: "gloryfikują", "wznoszą pod niebiosa" oraz "czczą". Mam nadzieję, że powyższe formy dają pewien obraz tego jak bardzo popularną jest ta czarna cholera. 

Dlaczemu coś, co wygląda tak pięknie, smakuje tak obrzydliwie?
Pod jaką postacią możemy natknąć się na lukrecję w Danii? Otóż mamy szeroki wybór cukierków, żelków, gum do żucia, pralinek, czekoladek, czekolad, batonów, lodów, herbatek, likierów itede. Absolutnym rekordem są dla mnie SŁONE słodycze (słonycze..?) z lukrecją. CZO? Wystarczy, że pomyślicie o dowolnym produkcie spożywczym o złożonym składzie i macie niemal stuprocentową szansę trafienia, że jest wersja lukrecjowa. Ileż razy chwytałam w swoje ręce pięknie prezentujące się opakowania, by w sekundę odłożyć je z obrzydzeniem po przeczytaniu magicznego "lakrids".

Duńczycy są naprawdę szaleni na punkcie lukrecji. Nie poznałam żadnego, który by nie lubił tego specjału. Jeśli szłam ze znajomymi na lody, wiedziałam, że wszyscy wezmą lukrecjowe. Jeśli kupowałam komuś w podzięce czekoladę- w ciemno brałam z lukrecją, bo wiedziałam, że będą zachwyceni. A kiedy w firmie na Boże Narodzenie dostałam opakowanie bajecznie drogich czekoladek, nawet nie musiałam sprawdzać, żeby wiedzieć- LUKRECJOWE.

Trzeba być naprawdę złym człowiekiem,
żeby władować lukrecję do lodów.



Jedna z odsłon lukrecjowego likieru. Rodzajów jest 1629329, a jeden gorszy od drugiego.
Nawet Marabou. :(












Podstawowa przestroga dla wszystkich, którzy wybierają się do krajów skandynawskich- jeśli nie jesteś fanem lukrecji, a tubylec częstuje cię cukierkiem, polecam grzecznie odmówić. Tak na zaś. W 99% przypadków będzie on lukrecjowy. I z dużym prawdopodobieństwem słony. 

Słone cukierki w kształcie ryb. Legit as fuck.

Czy da się przyzwyczaić? Być może. Urban legend mówi, że w Danii istnieją imigranci, którzy polubili lukrecję. Brak natomiast informacji na temat czasu potrzebnego na przystosowanie się. Ja tkwię tu już od ponad dwóch lat i, cóż, moja tolerancja na ten syf wzrosła, ale do lubienia mi daleko. Jako moje Największe Osiągnięcie Roku 2016 mogę uznać zjedzenie całej kulki lodów o smaku biała czekolada z lukrecją (ale chyba tylko dlatego, że pochodziły z Najlepszej Lodziarni Świata).

Ostateczna ocena czegokolwiek lukrecjowego:
-100/5


Zdjęcia ukradłam z internetów. Taki ze mnie kradziej.

poniedziałek, 31 października 2016

Magnum Signature Chocolate Dark

Na ten moment to ostatni wpis z Magnumowej serii. Dziś na tapecie Magnum Signature Chocolate Dark, w trudzie i znoju zdobyta przez Niemęża (co zarysowałam w poprzednim poście). Zachwycona mleczną wersją czekolady Magnum, postawiłam ciemnej wysoką poprzeczkę. Mój zapał ostygł nieco, gdy doczytałam, że zawartość masy kakaowej wynosi 50%. Czyli tabliczka taka nopowiedzmyżeciemna. Osobiście najbardziej lubię czekolady zawierające od 60% do 85%, bo można się nimi prawdziwie delektować, a wszelkie subtelności aromatów są dobrze wyczuwalne (powyżej 90% smakują mi betonem). A te mleczne, deserowe itepe tabliczki, to pewka, że są super, ale słodycz przysłania prawdziwy smak kakałka.


Nie ma co wycierać klawiatury zbyt rozbudowanym wstępem, lecimy! Recenzja będzie miała w dużej mierze charakter porównawczy, a wiele cech będzie podobnych do Magnum Classic. Zafunduję Wam takie małe deżawi. Opakowanie i cała oprawa Magnum Signature Chocolate Dark ponownie jest małym dziełem sztuki. Złote literki obiecują nam kruszone ziarna kakowca zatopione w czekoladzie. Brąz kartonika ciemniejszy, niż w przypadku mlecznej wersji, cóż za przewrotność ze strony projektantów, ale by dopiero było jakby zrobili na odwrót, hohooo! Ponownie mamy opakowaną w piękne złotełko, dzieloną na pół, ciemnobrązową, lśniącą tabliczkę z wielkimi logo Magnum. 



Pachniała kakaowo, ale niezbyt intensywnie, co mocno mnie zasmuciło. Trudniej było mi ją przekroić niż mleczną. Poniuchałam ponownie, licząc, że może aromat skrył się wewnątrz, ale nope, zapach dalej pozostał słabo wyczuwalny. Nie rozpuściła mi się w łapie, a dopiero w gębie i to powoluuutkuuu. Lubię takie bomby z opóźnionym zapłonem, bo ten ułamek sekundy zanim zacznę wyczuwać smak jest totalnie ekscytujący (chyba mam nudne życie, skoro ekscytują mnie takie rzeczy :v ). Jak w przypadku mlecznej siostry, Magnum Dark ma perfekcyjnie aksamitną konsystencję, ale jest zdecydowanie ciekawsza w konsumpcji- a to za sprawą chrupiących ziaren kakaowca, których producent dodał od serca. Przez pierwsze dwie sekundy czułam tylko cudowną kakaową nutę. I już chciałam zakrzyknąć "JAKIETODOBRRRREEE", aż tu nagle wjechał cukier. I po ptokach.

Ten taki jaśniejsze kropek po środku lewej kostki to ziarno kakowca. Chyba. :v

Trudno mi w jednoznaczny sposób ocenić i podsumować Magnum Signature Chocolate Dark, bo wywołała we mnie straszną ambiwalencję. Na gorzką czekoladę była dla mnie za słodka, a na mleczną- zbyt kakaowa. Nie lubię takich czekoladowych kompromisów. Nie zrozumcie mnie źle- Magnumowa tabliczka jest pyszna, ale chyba za bardzo nastawiłam się na naprawdę CIEMNĄ czekoladę. Ogromnym plusem są jednak ziarenka kakaowca, co z pewnością spodoba się wszystkim, którzy lubią interesujące tekstury.

Ostateczna ocena:
4/5*
2/5**
*w kategorii ogólnej
**w kategorii Czekolad Ciemnych